Trwał już
trzeci rok Wielkiej Wojny. Najbardziej krwawy rok 2024. Wojna
rozpętała się już w każdym zakątku świata i nie zwalniała. To
nie była wojna o wyniszczenie. Pierwszy raz od 1945 roku świat znów
zapragnął zanurzyć kły w krwi niewinnych. Tak po prostu. Każde
znaczące państwo zdążyło już najechać inne, te bezbronne. Nie
było już Wolnych Ludzi. Armie toczyły konwencjonalne bitwy na
każdym możliwym froncie. Ustawa ONZ o totalnym wycofaniu broni
jądrowej z 2019 roku odniosła oszałamiający sukces i w chwili
wybuchu Wielkiej Wojny dwa lata później żadne z państw nie
dysponowało arsenałem nuklearnym. Ludzie walczyli ze sobą tym,
czym mogli. Armie najechanych używały często przestarzałego,
niezbyt efektywnego sprzętu, który absolutnie nie miał szans z
ultranowoczesnym wyposażeniem Republik Zjednoczonych Ameryki
Północnej (RZAP) lub Wielkiej Rzeszy (WR). Te dwa mocarstwa
stanowiły najważniejszych graczy. Rosja oraz Chiny przyłączając
się do Wielkiej Wojny dopiero przed rokiem, nie poczyniły jeszcze
takich postępów jak RZAP czy WR.
***
- Na drodze siódmego regimentu Wyspiarzy stanęły trzy oddziały Rzeszy. Nikt z naszych nie przeżył... - zakończył się trzeszczący komunikat radiowy.
Wpatrywałem się niewidzącym wzrokiem w małe, kwadratowe urządzenie na środku stołu. Przed chwilą ten kawał złomu poinformował mnie o tym, że ponad trzystu żołnierzy Wielkiej Brytanii zginęło w ciągu kilkudziesięciu minut.
Wielu naszych poległo już w tej wojnie. Ale była to jak do tej pory największa, jednorazowa porażka oddziałów brytyjskich.
Ciężko mi było w to uwierzyć. Rosie, siedząca obok mnie, pociągnęła nosem. Niby nic, ale pozwoliło mi odzyskać mowę.
- Kiedy to się skończy, Ross? - zapytałem – Kiedy przestaniemy ginąć? Dlaczego ta cholerna wojna wciąż trwa?!
- Byłoby łatwiej, gdybyśmy znów mogli użyć całej atomowej mocy. Ale nie... Zresztą sam wiesz, że nie jesteśmy nawet w stanie zbudować niczego, co miałoby jakiś skutek w tej wojnie.
Faktycznie. Rezolucje ONZ skutecznie wyeliminowały z użytku wszelkie składowe budowy broni jądrowej. A w momencie wybuchu wojny, zneutralizowano wszystkie elektrownie atomowe na świecie. Ciężko w to uwierzyć, ale jednak im się udało. Wtedy skończył się świat. Nie, źle. Wtedy zaczął się początek końca...
- Max, myślisz, że dla tego świata jest jeszcze nadzieja?
Spojrzałem na przyjaciółkę jeszcze z czasów pracy w policji kilkanaście lat temu. Wszyscy się zmieniliśmy. Ross wciąż była taka sama, jak wtedy, kiedy wspólnie rozwiązywaliśmy sprawę z Doncaster. Wszyscy się zmienili, świat się zmienił. Ale nie ona. Przybyła jej tylko blizna na prawej skroni, paskudna pamiątka po odpryskujących fragmentach ścian, kiedy znaleźliśmy się pod ostrzałem moździerzy. To było piekło. Wtedy myśleliśmy, że już gorzej być nie może. Dwa dni później Rzesza pojmała i wymordowała ponad połowę naszego oddziału.
Właśnie wtedy przekonałem się, że to też jest moja wojna. Wojna, której nie dało się wygrać, ale trzeba było walczyć.
- Nie, Rosie. Dla tego świata już nie ma nadziei. Zostały nam tylko stare karabiny i wiara w to, że śmierć przyjdzie szybko. I, że umrzemy pierwsi...
Dziewczyna kiwnęła głową, doskonale rozumiejąc, o co mi chodzi. Ze względu na to, jaką pozycję zajmowaliśmy w nowej armii, pozwolono nam do podziemnych bunkrów zabrać najbliższych. W przypadku Ross, był to jej narzeczony, Harry. Ja, nie mając rodziny, postanowiłem zapewnić bezpieczeństwo najlepszemu przyjacielowi, Liamowi. Obaj chcieli walczyć, za każdym razem, kiedy wyruszaliśmy na misję. Błagali, żeby mogli iść z nami. Ale przezorna Ross załatwiła im pracę w sztabie armii, a urzędnicy wojskowi rzadko kiedy mieli okazję powąchać proch.
Ani ja, ani ona, nie potrafiliśmy sobie wyobrazić tego, że mogli by umrzeć. A tym bardziej, przed nami. Moją i jej naturą i powołaniem była obrona tego kraju. A oni stanowili jego część...
Do naszych obowiązków należały codziennie patrole niewielkiego odcinka brzegu w pobliżu Kanału La Manche. Ze względów bezpieczeństwa, wszystkie zabudowania na tej linii zostały wyburzone ponad sto metrów w głąb lądu. Ułatwiało to obserwację morza oraz zdecydowanie eliminowało możliwość pożaru w razie ewentualnego ataku.
Brzegów Brytanii broniła ogromna flota jednostek pływających oraz kilkanaście eskadr lotniczych. Wszystkie uzbrojone po zęby w najlepszą broń, jaka pozostała po pierwszych dwóch latach wojny.
- Ross, proszę cie, weź kamizelkę... - mruknąłem, widząc jak dziewczyna wsiada do samochodu w samym mundurze i karabinem przewieszonym przez ramię.
- Och, Max. Daj spokój, to rutyna, wiesz, że nic nam nie grozi.
Ja nie byłem tego zdania. Najsilniejszy system ma zawsze jakąś wadę. Zawsze coś może się wydarzyć...
- Rosie, zakładaj pancerz, bo zgłoszę cie za niesubordynację! - zagrzmiałem, piorunując ją wzrokiem. Wyższa ranga, psia jego mać. Dla nas nie miało to znaczenia, ale czasami przydawało mi się, bo dziewczyna była wyjątkowo uparta.
- Ale Maxxie, to jest strasznie...
- Nie. Albo zakładasz, albo nigdzie nie jedziesz. To jak?
Przez warkot włączonego silnika naszego pojazdu nie słyszałem potoku wymamrotanych pod moim adresem obelg, ale Rosie w końcu założyła kamizelkę z wszytymi w nią karbonowymi i grafenowymi płytkami. Grafen, cudowny wynalazek polskich naukowców... Nie raz ocalił nam życie, ale niestety, teraz jego wytwórnie wpadły w łapy Rzeszy. To właśnie przez to przegrywaliśmy. Niesamowicie wytrzymały materiał, którym te łajdaki okładały wszystko, co miało koła lub latało. Dla nich, zestrzelenie naszego samolotu było dziecięcą igraszką. Dla nas było nie lada wyzwaniem.
Zatrzasnąłem drzwi naszego RFV (Reaction Force Vehicle) i spojrzałem przez ramię. Na tylnych siedzeniach leżało standardowe wyposażenie misji patrolowych. Żelazne racje, przenośna radiostacja, zapas amunicji i kilka zestawów medycznych. Na półce w miejscu tylnego okna przypięte były cztery karabiny automatyczne oraz granatnik przeciwpancerny. Mimo, że Wyspy od roku nie zostały zaatakowane, musieliśmy być w ciągłej gotowości. Zwłaszcza my, którzy pierwsi narażaliśmy się na atak.
Poczułem się pewniej. Wcisnąłem gaz i auto wytoczyło się z podziemnego garażu, witane promieniami wschodzącego słońca...
Opierałem się o maskę RFV i paląc papierosa, przyglądałem się Rosie. Siedziała na piasku, pół metra od zasypanego śmieciami brzegu morza i wpatrywała się w horyzont. Doskonale wiedziałem, że jej wzrok jest nieobecny i pusty. Patrzyła w dal, zupełnie jej nie widząc. Od początku naszego przydziału na ten fragment wybrzeża, codziennie spędzała tak kilka minut. Już nawet jej nie przeszkadzałem, nie pytałem, co widzi. Po kilku dniach tego samego, przyzwyczaiłem się do braku odpowiedzi.
Zgasiłem papierosa, przydeptując go podeszwą buta.
- Ross, jedziemy do Tango. Dzisiaj mamy ciszę radiową, trzeba tam przeczekać...
- Już idę! - powiedziała energicznie dziewczyna, gwałtownie wstając z miejsca. Jej wyciszenie i totalna alienacja nagle zniknęła, a na ustach zagościł szeroki uśmiech.
Już miałem uruchamiać silnik, kiedy Rosie złapała mnie za rękę. Spojrzała na mnie i kiwnęła głową w stronę morza. Przymrużyłem oczy, bo morska woda oślepiała odbijanymi promieniami majowego słońca. Wydało mi się w pewnym momencie, że ku nam z ogromną prędkością mknie, niesione falami, ogromne ciało wieloryba. Brzegi były nimi usłane. Zwierzęta umierały na środku oceanu, zabite wybuchami min morskich lub dusząc się w plamach ropy. Ale nie tym razem. To na sto procent była łódź.
Ostrożnie sięgnąłem po lornetkę, leżącą w przestrzeni między fotelami. Nasz RFV ukryty był częściowo za hałdą śmieci, naniesionych przez morze, więc istniała szansa, że załoga łodzi jeszcze nas nie dojrzała. Wyregulowałem ostrość i przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
Mały, szybki ponton ze sztywnym kadłubem pruł prosto na nas, celując dziobem idealnie w środek RFV. Dzięki temu wyraźnie widziałem oznaczenia na dziobie. Zaraz za numerami, namalowanymi szarą farbą, widniało logo, którego nienawidziłem i bałem się jednocześnie. Odwrotnie do flagi Hitlera, czerwona swastyka na białym tle, otoczona czarnym polem.
- Rzesza... - szepnąłem cicho, nie odrywając lornetki od oczu.
Ponton dopłynął już na odległość około pięćdziesięciu metrów od brzegu i gwałtownie zwolnił, bo fale były ogromne. Na pokładzie było sześciu ludzi.
- Max? - zapytała szeptem Ross, przenosząc wzrok z morza na mnie.
- Nadaj komunikat przez radio, że...
- Ale Max, cisza radiowa! - przypomniała mi. Faktycznie, zupełnie zapomniałem.
- Cholera...
Ponton pokonywał właśnie ogromną falę i mimo powagi sytuacji uśmiechnąłem się lekko, widząc, jak biała grzywa przykrywa załogę, która chwilę później pluła i parskała słoną wodą.
- Ross, widzisz? Jednak przyda ci się ta kamizelka. Bierz broń.
Chwilę potem, czołgając się w piachu i śmieciach, ukryliśmy się za wielką, starą lodówką, która leżała do góry dnem. Załoga pontonu właśnie wyskoczyła z łodzi i brnęła w wodzie mniej więcej na głębokości metra. Teraz, albo nigdy.
- Ross, prawo.
Mieliśmy określony, bardzo prosty kod. Prawo lub lewo faktycznie określało stronę, a liczbę celów dzieliliśmy na dwa. Jeśli liczba była nieparzysta, o jeden cel więcej zdejmowałem ja, chociażby z racji na nieco lepsze wyniki na strzelnicy.
Nagle dostrzegłem, że jeden z żołnierzy, oprócz broni i niewielkiego plecaka, niesie przy pasie wodoodporny, silikonowy pojemnik do przenoszenia poczty.
- Ross, dwa lewo, biały.
To z kolei oznaczało, że drugi żołnierz z lewej ma zostać tylko postrzelony, a nie zastrzelony. Zawsze celowało się w kolano, żeby mieć pewność, że nie ucieknie. Reszta mogła iść do piachu.
Żołnierze przyjęli formację i zaczęli bardzo powoli oddalać się od siebie. Teraz albo nigdy.
- Gorąca lufa... - szepnąłem bardziej do siebie niż do Rosie i nadmorską ciszę przerwało kilka strzałów, jeden po drugim. Chwilę później rozległ się jęk dwójki lewej białej.
Unosząc się na kolana, oceniliśmy teren. Ponton kołysał się przy brzegu, szorując o piaszczysty nasyp. Jeden z żołnierzy leżał na brzuchu i próbował sięgnąć do broni, która upadła mu w chwili postrzału. Ross doskoczyła go jednym susem, przydeptując dłoń butem. Drugą nogą kopnęła broń, odsuwając ją od rannego. Cała reszta leżała martwa.
Nasze RFV nie było przystosowane do przewozu jeńców, o czym najlepiej świadczył cały arsenał na tylnym siedzeniu. W końcu posadziliśmy rannego na przednim siedzeniu, z rękami spiętymi plastikowymi kajdankami na plecach. Ponadto, przez ażurowy zagłówek, Rosie przykładała mu lufę pistoletu do głowy. Jeżeli by się ruszył, zginąłby.
Kiedy jeszcze na plaży ściągnęliśmy mu hełm i kominiarkę, okazało się, że chłopak ma maksymalnie osiemnaście lat. Był jeszcze dzieckiem, które machina wojny wysłała na front.
Teraz, jadąc do bazy i łamiąc rozkaz meldunku w Tango. Ale była cisza radiowa i nie byliśmy w stanie czegokolwiek zameldować. To naraziłoby bezpieczeństwo całego wybrzeża i narobiło więcej bałaganu, niż zastrzelenie pięciu wrogich żołnierzy.
Ciała skrzętnie ukryliśmy pod zwałami śmieci a ponton zatopiliśmy, dziurawiąc poszycie nożem. Może zasypanie śmieciami to mało elegancka i humanitarna funkcja pochówku, ale na nic innego nie było czasu. Część z naszych nie miała nawet takiego pogrzebu, kiedy ginęli trawieni kwasem z granatów kwasowych, najpaskudniejszej broni tej wojny.
Teraz, kiedy zerkałem na młodego chłopaka siedzącego obok i zakrwawiającego mi podłogę mojego RFV, znowu poczułem jakąś niesprawiedliwość tej wojny. Ale zaraz po tym pomyślałem sobie o tym, ilu naszych mógł zabić, jeśli nie napatoczylibyśmy się na tą ich łódeczkę, wściekłem się i dźgnąłem go zapalniczką w opuchnięte okolice postrzelonego kolana. Jęknął, ale nawet na mnie nie spojrzał. Pomijam fakt, że chcieliśmy mu to kolano opatrzyć, ale tylko splunął nam pod nogi... Uparty.
...z prawej strony zawaliła się cała wschodnia ściana budynku. Ogłuszający łomot skojarzył mi się z rykiem diabła. Naprawdę, huk był niewyobrażalny. Front budynku po prostu spłynął na ziemię, zalewając falami cegieł wszystko u swoich stóp. Mimo, że klęczałem kilkadziesiąt metrów od niego, czułem falę uderzeniową. Przytkało mi uszy do tego stopnia, że przestałem słyszeć własną broń.
Moją ukochaną Odarię. Ten powtarzalny karabin kalibru pięćdziesiąt milimetrów był cudem brytyjskich inżynierów. Z odległości dwóch kilometrów przebijał piętnaście centymetrów stali swoimi wydrążonymi pociskami termitowymi. Do mnie Odaria trafiła zupełnie zwykła. Czarna, niczym nie wyróżniająca się kombinacja technologii. Ale kiedy na początku Wielkiej Wojny świat nie wiedział, co go czeka, miałem czas, by broń przerobić. Z trudem, bo z trudem wymogłem na naszym rusznikarzu by pozbył się obrzydliwej, taktycznej kolby z tworzywa i założył mi drewnianą, którą sam wytoczyłem z kawałka dębu, strzaskanego przez nalot bombowy... Kilkanaście innych przeróbek sprawiło, że jeden z najnowocześniejszych karabinów wyglądał jak broń sprzed pół wieku.
Odzyskałem słuch, natychmiast tego żałując. Za moimi plecami rozległ się przerażający, mokry dźwięk podobny do zasysania wody przez pompę. Zerknąłem przez ramię w miejsce, w którym powinien znajdować się mój obserwator. Zamiast niego zobaczyłem na ziemi jego okaleczone, rozerwane pociskiem wielkiego kalibru ciało. Czułem, jak lufa mojej Odarii opada na stertę gruzu przede mną. Zmasakrowane zwłoki Julesa mnie hipnotyzowały. Oderwane ramię razem z potężnym kawałkiem barku leżało kilka metrów za tułowiem, głowa ledwo trzymała się szyi. Wystające z klatki piersiowej żebra po stronie oderwanej ręki sprawiały, że od pasa w górę, Jules przypominał jakiegoś groteskowego potwora. Wtedy właśnie kolejny pocisk spadł mi pod nogi, wzbijając w powietrze potężną fontannę ziemi. Otrzeźwiło mnie to i oderwałem się od ciała partnera i runąłem w rów, który był moją kryjówką. Przyłożyłem oko do nanooptycznego celownika i poczułem, że broń jest niesamowicie gorąca. Gdybym zostawił ją w standardowym stanie, elementy z tworzywa pewnie by się stopiły. Złapałem ją za dwójnóg, który był chłodniejszy od reszty i puściłem się biegiem wzdłuż zawalonej wrakami transporterów i innych pojazdów ulicy.
Paryż... Przed wojną to miasto było piękne. Teraz przypominało nowotworową plamę na zielonej powierzchni Francji.
Biegnąc tą ulicą, czułem jak pierwszy raz od początku mojej służby, mój poziom strachu przekroczył szóstkę. W skali od 1 do 10, szóstka to już niezły wynik. Wszędzie wokół eksplodowały bomby i granaty, w ściany wbijały się setki pocisków, zasypując ulicę warstwą szarego pyłu. W połączeniu z płonącymi wrakami, widok przedstawiał piekło. A ja byłem w jego środku, biegnąc zupełnie na widoku, z nie wiadomo czy sprawną bronią w ręku. Kiedy próbowałem zarzucić ją sobie na ramię i wyciągnąć z kabury na udzie mój ulubiony rewolwer, kątem oka dostrzegłem żołnierza WR. Wciśnięty w kąt u styku dwóch kamienic, sypał pociskami z ręcznego działka typu Vulcan. Wielu osobom te działka kojarzą się z Somalią i helikopterami, ale technika poszła naprzód, a Vulcany ważyły niewiele więcej, niż RKM. Rzuciłem Odarię na ziemię i niewiele myśląc, wpakowałem cały magazynek rewolweru w pierś tego skurczybyka. Vulcan ucichł, a sześć luf wciąż się kręciło, kiedy martwy już Niemiec padł na stertę kamieni. Fakt, że chociaż trochę poprawiłem szansę moich ludzi, obniżył mój poziom strachu do pięciu. Zacząłem normalnie oddychać.
Za rogiem zdemolowanej kawiarni zobaczyłem kilku żołnierzy z mojego oddziału. Zakręciłem w prawo, potykając się o walające się wszędzie cegły i elementy okien. Mimo nieustającego huku wystrzałów, nad głową usłyszałem znajomy, ale przerażający dźwięk. Dźwięk, który usłyszany raz, na zawsze zapada w pamięć.
Potem przeciągły gwizd zamienił się w oślepiający błysk światła i jedyne, co wtedy jeszcze pamiętam, to to, że odrzucony eksplozją przeleciałem nad zwłokami francuskiego żołnierza...
Usiadłem prosto na łóżku. Znowu to samo, znowu te cholerne sny.
Minęło pół roku, odkąd wróciłem z frontu europejskiego. A one wciąż powracały. Właśnie przez to, że zachowywałem się jak wariat, odesłali mnie na Wyspy. Tutaj był spokój i cisza.
- Zaraz, chwila... - powiedziałem głośno w ciemność – Jaka cisza? Dzisiaj rano przecież...
Przypomniałem sobie o martwej załodze pontonu i tym młodym chłopaku, którego żandarmi zamknęli w celi zaraz po tym, jak wywlekłem go z samochodu. Wielka Wojna dotarła zatem na Wyspy. Zaczęło się na nowo.
Na myśl przyszedł mi Paryż, ale zamiast niego mimo woli ujrzałem płonące ulice Londynu.
Rozejrzałem się w pogrążonym w ciemnościach pokoju. W słabym świetle czerwonej, awaryjnej lampki nad drzwiami dojrzałem mnóstwo znajomych przedmiotów. W tym stojące na szafce zdjęcie w prostej, drewnianej ramie. Doskonale wiedziałem, że jest na nim najlepsze, ale jednocześnie najsmutniejsze wydarzenie ostatnich lat. Moment, w którym Harry i Liam składają przysięgę wojskową, a pomiędzy nimi stoi Rosie, trzymając w rękach flagę Wielkiej Brytanii. Przez wiele dni po tym wydarzeniu tłumaczyłem sobie, że to był najlepszy sposób, żeby ich wszystkich chronić. Jedyny sposób, żeby zostali na Wyspach. W Brytanii, która już nie miała być tak bezpieczna, jak myślałem.
Zeskoczyłem z łóżka i naciągnąłem na siebie spodnie i bluzę od miejskiego munduru, w którym chodziliśmy na co dzień z Ross. Wcisnąłem buty i przyciskiem otworzyłem drzwi. Oślepiony żarowym światłem korytarza, ruszyłem schodami w dół.
Puk, puk.
Odpowiedziała mi długa chwila ciszy. Potem dopiero usłyszałem jakieś szuranie za drzwiami. Zasyczały siłowniki hydrauliczne i drzwi się otworzyły.
- Cześć Liam. Przepraszam, że tak późno. Ale...
- Znowu złe sny, tak? Oszaleję przez ciebie. No dobra, wejdź... - odpowiedział mi Liam, wpuszczając mnie do środka. Pokój jak zwykle był nieskazitelnie czysty, tylko na biurku walały się całe stosy papierów.
- Napijesz się kawy? Mam jeszcze trochę w termosie, chociaż coraz trudniej o takie luksusy... - Liam zajrzał do naczynia – No, na dwie starczy. Chcesz?
- Aye, proszę.
W milczeniu wpatrywałem się w czubki swoich butów. Zacząłem się zastanawiać, po co ja tu w ogóle przyszedłem. Liam był moim przyjacielem, ale nie byłem pewny, czy potrafi zrozumieć piekło wojny. Na szczęście nie musiał, ale... W zasadzie, sam nie wiedziałem, o co mi chodzi.
- Trzymaj... - mruknął, podając mi kubek z kawą. Mimo piątej nad ranem, smakowała lepiej, niż cokolwiek innego. Wypiłem ją dwoma łykami.
Nagle poczułem, że naprawdę nie wiem, o czym chcę mu powiedzieć. Może po prostu potrzebuję pomilczeć? W końcu dzisiaj pierwszy raz od ponad pół roku strzelałem do człowieka. Może znowu poczułem się kimś w rodzaju boga śmierci? Tak było we Francji, potem w Hiszpanii... W każdym miejscu.
- Słyszałem o waszej akcji na plaży... - wymamrotał Liam, opierając się o blat biurka. Ja wciąż nie podnosiłem wzroku.
- Też mi akcja... Każdy na naszym miejscu zrobiłby to samo. W końcu mamy wojnę. Tu nie ma czasu na miłosierdzie. Nie po Madrycie...
- Tak tak, wiem. Ale ja nie mówię o sumieniu. Chodzi mi o to... Nie wydaje ci się dziwne, że mimo tej potężnej blokady na morzu ktoś się tu prześlizgnął? Nie łatwiej byłoby powietrzem...? Fakt, w powietrzu wciąż jest mnóstwo maszyn, ale jednak. Ale morzem? Po jaką cholerę ci idioci posłali na pewną śmierć ludzi? Od tylu miesięcy nikt wodą się nie dostał na Wyspy. Fryce dobrze wiedzą, że na morzu na szczęście jeszcze wygrywamy. I co?
Faktycznie, to zastanawiające. Jakby nie patrzeć, mimo wielu prób Rzeszy, wodą nigdy im się nie udało. „Brytanio, króluj wśród fal...”, przypomniał mi się fragment starej piosenki.
- Może
skończyły im się pomysły... - powiedziałem martwo, jakby od
niechcenia.
Dziwnym trafem, od kilku tygodni nie potrafiłem z nim rozmawiać. Był od wielu lat moim jedynym, najlepszym przyjacielem, kimś więcej, niż brat. Był moim towarzyszem, przyjacielem, rodziną. Wszystkim w jednej osobie. Kiedy wybuchła wojna, siedzieliśmy akurat na piwie w jednym z londyńskich pubów. O zbrojeniach w Federalnych Niemczech słyszało się od dawna, ale nikt jakoś nie traktował tego, jako powodu do niepokoju. Aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, w telewizji pojawił się komunikat o tym, że po raz drugi w historii świata, Niemcy nad ranem wkroczyły do Polski. Narody Zjednoczone natychmiast postawiły w gotowość wszystkie możliwe siły. Ale kiedy następnego dnia fala wojny rozlała się z Niemiec na wszystkie ościenne kraje, nie było mowy o dyplomacji. Rozpętało się piekło, w które wkrótce popadł cały świat...
- Max, co się...
Nie zdążył dokończyć. Pokój wypełniło głuche łomotanie w drzwi. Chwilę później otworzyły się, a do środka wpadła zdenerwowana Ross. Nie zdążyłem nawet na nią dobrze spojrzeć.
- Maxxie, wiedziałam, że tu jesteś. do góry. Ruchy, ruchy. Liam, leć do sztabu. Nie ma czasu, szybko!
Nauczony gorączką i szalonym tempem wojny, nawet nie pytałem. Wiedziałem tylko, że nie jest wesoło. Wystarczyło spojrzeć na twarz dziewczyny.
- Na litość boską, zapnij mundur. Jak cie tak zobaczą, to oberwiesz... - sapnęła Rosie, kiedy biegliśmy szerokim, ponurym korytarzem bunkra D.
- Co się dzieje, jak rany?! - zapytałem, walcząc z uciekającym mi guzikiem. Jest.
- Zaraz się dowiesz... - zawyrokowała, kiedy zatrzymaliśmy się przed pancernymi, podwójnymi drzwiami do głównej sali odpraw. To wróżyło jeszcze gorzej niż zdenerwowana przyjaciółka wpadająca w środku nocy.
Drzwi rozsunęły się na boki z głośnym jękiem prowadnic, po których przesuwały się potężne skrzydła. Wokół ustawionego na środku, wielkiego stołu stali wszyscy oficerowie naszej jednostki. Stanąłem jak wryty, bo w centralnym miejscu, przy ogromnej, elektronicznej tablicy stał nikt inny, jak Ben Almond, szef połączonych sztabów armii Wielkiej Brytanii. W innych okolicznościach pomyślałbym, że to dla nas niezły zaszczyt, ale teraz to nie zwiastowało radosnych chwil. Wręcz przeciwnie. Wyprostowałem się i salutując, wlepiłem w niego pytające spojrzenie.
- Skoro już wszyscy są, proszę spocząć, panie i panowie... - głos Almonda był łagodny, ale było w nim coś nie znoszącego sprzeciwu. Siwiejący już generał miał nienaganną postawę, wyćwiczoną wieloma latami spędzonymi w wojsku. Zdziwiło mnie też, że nie miał na sobie swojego zwykłego, podobnego do garnituru, munduru. Zamiast niego ubrany był w zwykły, polowy mundur w miejskim kamuflażu. Na kieszeni od strony serca błyszczały złotem jego insygnia, poza tym, nie różnił się z pozoru ode mnie czy od innych oficerów, wyrwanych ze snu. Pod jego oczami widać było głębokie sińce, zapewne efekt wielu nieprzespanych nocy. Zwykle widywało się go idealnie ogolonego, tym razem jego kwadratową szczękę pokrywał kilkudniowy zarost.
Oficerowie pospiesznie zajęli miejsca, a kilku z nich, w tym ja i Rosie, z braku krzeseł, staliśmy pod ścianą po prawej stronie tablicy. Wszyscy zgodnie wlepialiśmy wzrok w Almonda.
- Kto jest autorem dzisiejszej jatki na plaży na odcinku tango siedem delta? - zapytał spokojnie generał, wodząc wzrokiem po zebranych.
Poczułem nieprzyjemny dreszcz na plecach. Czułem, że obok mnie Ross zadrżała. Nie dobrze... Nie bardzo wiedząc, czy odpowiedzieć, czy nie, wystąpiliśmy do przodu, prostując się jak struny.
- Major Max Brown oraz kapitan Rosalie Ryan, sir! - powiedziałem głośno, przykładając dłoń do czoła. Kątem oka spojrzałem na Ross, robiącą dokładnie to samo.
- Dobra robota, spocznij.
Zatkało mnie. Spodziewałem się potężnej awantury, w końcu nasze działanie było swego rodzaju samowolą. Aczkolwiek jako jedyni oficerowie tego kompleksu, działający tylko w zespole, często wychodziliśmy ze wszystkiego obronną ręką. Splotłem dłonie za plecami.
- Według raportu, podczas rutynowego patrolu na odcinku tango siedem delta... - mówił generał Almond, przesuwając wzrokiem po trzymanych kartkach papieru – W odległości około trzech mil od stacji Tango Jeden napotkaliście sześcioosobową łódź pontonową nieprzyjaciela, zgadza się? Czy znowu coś jest pomieszane?
- Nie, sir, zgadza się, sir.
- Dobrze... - mruknął mężczyzna – Po rozpoznaniu oznaczeń na łodzi, major Brown podjął decyzję o kontakcie. Postępując według ustalonych z kapitan Ryan zasad, oddaliście w stronę nieprzyjaciela kilkanaście strzałów. Przy życiu pozostał tylko jeden członek załogi... Zgadza się?
- Tak jest, sir.
- A możecie mi powiedzieć, dlaczego?
- Sir, raport wyraźnie...
- Nie pytam, co twierdzi raport. Pytam was, majorze.
Znów poczułem się niepewnie.
- Sir, melduję, że jeniec posiadał przy sobie pojemnik, w którym mogły znajdować się cenne dla nas informacje, sir. Podjąłem decyzję o pozostawieniu go przy życiu w celu przesłuchania w kompleksie, sir. Oczywiście zdaję sobie sprawę z konsekwencji...
- Bzdura! - przerwał mi generał – Nie ma mowy o jakichkolwiek konsekwencjach. Postąpiliście wzorowo, majorze, nie zapomnę wspomnieć o waszych zasługach. Czy podczas przewozu do kompleksu wojskowego, jeniec coś powiedział? Kapitan Ryan?
- Nie, sir! - powiedziała głośno Ross, robiąc pół kroku w przód.
- Nic?
- Nie, sir. Odmówił tylko pomocy medycznej. Po oddaniu jeńca żandarmom, nie mieliśmy z nim jakiegokolwiek kontaktu, sir.
- Zawsze irytowało mnie ten sposób mówienia... - mruknął generał, patrząc na Rosie. Dziewczyna zamrugała oczami.
- Sir?
- Właśnie to sir. Czuję się, jakbym miał nad wami jakąś oszałamiającą władzę... Usiądźcie proszę. Mam wrażenie, że to, w jakiej sytuacji znajduje się nasz kraj, nie wymaga takich patetycznych uniesień. Nikt się chyba nie obrazi, jak porozmawiamy normalnie..? Jestem już trochę zmęczony.
Nie bardzo wiedząc, gdzie mamy usiąść, przysiedliśmy na stopniach prowadzących do tablicy. Generał również usiadł, z tą różnicą, że na brzegu stołu i wlepił w zebranych dziwne spojrzenie.
- Sprawa jest dość nieciekawa. Zaraz po otrzymaniu meldunku o tym, co wydarzyło się na plaży, wysłano tam ekipę sprzątającą, mającą za zadanie usunąć wszelkie ślady zdarzenia. Mimo dokładnie podanej lokalizacji, po dotarciu na miejsce, żołnierze znaleźli tylko podziurawiony ponton, który dryfował przy brzegu. Ciał nie było.
- Z całym szacunkiem, panie generale... - zacząłem, kiedy upewniłem się, że generał skończył. Dziwnie było mi mówić do niego jak do równego, w końcu nie tego nas uczyli.
- Proszę mówić, majorze.
- Wraz z Ros... Z kapitan Ryan ukryliśmy ciała. Może właśnie dlatego...
- Oddział sprzątający dokładnie przeszukał brzeg na odcinku stu metrów od miejsca zdarzenia. Znalazł ślady wymiany ognia, znalazł nawet miejsce, z którego strzelaliście, majorze. Ślady krwi wciąż były widoczne, mimo to, ciał nie było. Podejrzewacie coś?
Zastanowiłem się. Ciężko było mi w to uwierzyć.
- Nie, panie generale.
Rosie, zapytana o to samo, odpowiedziała w identyczny sposób.
- Sierżant Glicchini, dowódca oddziału sprzątającego jest tu z nami? - zapytał generał, odszukując nazwisko na liście, którą trzymał w ręku.
- Tak jest, sir! - odezwał się Glicchini, wstając od stołu. Mimo, że spędziłem w tym kompleksie już pół roku, widziałem go pierwszy raz w życiu. Wyglądał na całkiem porządnego człowieka.
- Proszę opowiedzieć majorowi i pani kapitan, co zastaliście na miejscu zdarzenia. Ja znam raport... - powiedział spokojnie Almond, rzucając stos papierów na stół.
- Tak jest! Panie majorze, pani kapitan... - sierżant odwrócił się w naszą stronę i przyłożył dłoń do czoła. Kiwnęliśmy głowami prawie równocześnie.
- Ja i piątka moich ludzi udaliśmy się na miejsce zdarzenia lekkim transporterem ATOR (Armored Transport Of Rescue). Miejsce zdarzenia naniesione na mapę odnaleźliśmy po około dwudziestu minutach od wyruszenia z bazy. Kapral Larson oraz starszy kapral Winchester zabezpieczali teren, podczas gdy ja i pozostali szukaliśmy ciał. Mimo dwu godzinnych poszukiwań, natrafiliśmy jedynie na ślady krwi w dwóch miejscach. Pierwsze wyraźnie wskazywały na miejsce strzelaniny, drugie na miejsce złożenia ciał. Mimo dokładnego przeczesania terenu, zwłok nie udało się odnaleźć, sir. Złożyliśmy raport zaraz po zakończeniu ciszy radiowej i po otrzymaniu rozkazu powrotu, wróciliśmy do bazy. Zniszczony ponton został złożony w magazynie, my zaś powróciliśmy do swoich obowiązków na terenie bunkra F.
Sierżant Glicchini zakończył swoją opowieść i znów salutując, usiadł na swoim miejscu.
Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, złożyłem dłonie na kolanach i wbiłem wzrok w martwy punkt. Pierwszy odezwał się generał Almond.
- Jeniec odmówił pomocy medycznej również w areszcie, dopiero podanie mu środka usypiającego dało jakieś efekty i medycy mogli zająć się raną. Dobrze strzelacie, majorze. Skutecznie go unieruchomiliście, prawdopodobnie do końca życia będzie kulał.
Mimo woli lekko się uśmiechnąłem. Generał Almond zignorował to i ciągnął dalej.
- Wciąż przebywa pod wpływem silnych leków, które... jakby to ująć... nieco przytępiły jego zmysły, więc chwilowo nie jest możliwe jego przesłuchanie. Chętnie wezmę w nim udział. Ale nie to jest głównym tematem spotkania. Czy ktoś chciałby coś jeszcze dodać w tej sprawie?
Odpowiedziała mu głucha, pełna napięcia cisza.
- Dobrze. Zapewne wszyscy tu obecni śledzą na bieżąco wydarzenia tej okrutnej wojny. Na pewno wiecie, gdzie działa jaki front i które jednostki rozsypane są po całej Europie. Myślę, że też wszyscy wiemy, jaką bronią dysponuje nasz nieprzyjaciel. Pomińmy Rosję i Chiny, skupmy się tylko na Rzeszy. Mam rację?
Nikt się nie odezwał, wszyscy tylko zgodnie pokiwali głowami.
- Przywódców armii jednak zastanowił jeden fakt. Mimo rozległych ofensyw na niemieckie siły, wciąż dostajemy, grzecznie mówiąc, łupnia. Zadziwiający jest fakt, że część z tych oddziałów Rzeszy, które spuściły nam łomot, dysponowało o wiele słabszym uzbrojeniem i opancerzeniem, niż nasze oddziały szturmujące. A mimo to w przypadku walk trwających dłużej niż dwa dni, ogólny stan liczebny oddziałów niemieckich nie zmienił się zbytnio. A otrzymaliśmy kilkaset potwierdzeń trafień śmiertelnych. Wywiad i obserwatorzy zameldowali, że siły niemieckie nie otrzymały żadnego wsparcia lądowego ani powietrznego. Transport morski zdecydowanie odpada, bo walki toczyły się przeważnie w głębi lądu.
Słuchaliśmy w milczeniu. Generał, widząc, że nie mamy nic do powiedzenia, kontynuował.
- Weźmy na przykład... - kliknął pilotem, celując w tablicę – Jedną z najnowszych bitew pod Saint Marcel we Francji. Nasze oddziały przypuściły szturm na miasto.
Na tablicy zaczęły przesuwać się nagrania z satelity.
- Nasze oddziały liczyły ponad tysiąc żołnierzy piechoty, wspieranych przez sześćdziesiąt lekkich czołgów. Według wywiadu, nieprzyjaciela było dwa razy więcej, jednak nie dysponował artylerią przeciwpancerną, co utwierdziło nas w przekonaniu, że nie spodziewał się ataku. Mimo to, po czterech dniach silnego ostrzału naszych czołgów i wielu walkach ulicznych... - znów pstryknięcie pilotem.
Zdjęcie przedstawiało to samo miejsce czwartego dnia. Setki płonących budynków, wyraźnie przerzedzone siły Brytyjskie i praktycznie niezmienione rozlokowanie jednostek niemieckich.
- Jak widzicie, nasi dostali w dupę. Z sześćdziesięciu czołgów sprawnych zostało osiem. Inne zostały zniszczone lub ich działa przegrzały się, czyniąc je nieużytecznymi. Tak zmasowany był ostrzał. Przy życiu zostało dwustu trzydziestu żołnierzy i czterech dowódców. Niemców jest tylko o dwudziestu mniej. Z czego w tej dwudziestce nie było ani jednego lekarza, dowódcy lub mechanika. Sami zwykli żołnierze. A tak jak mówiłem wcześniej, nie było żadnych posiłków. Ba, nad miastem nie pojawił się nawet żaden samolot Rzeszy. Kompletne zero. To, jakim cudem stan ich oddziałów w ogóle się nie zmienił, pozostaje dla nas niewyjaśnioną zagadką. Podobnie było w innych miejscach, gdzie walki się przedłużały. Podobne informacje otrzymaliśmy od wojsk polskich, francuskich, węgierskich oraz portugalskich. Wszędzie dostajemy łupnia, drodzy państwo. A niemiaszki nadal mają się dobrze. I tego nie potrafimy zrozumieć.
- Jeśli pan pozwoli, generale... - odezwała się cicho Ross – Wszystkie te zdjęcia wykonano za dnia. A co z nocą? Nie mogli otrzymywać posiłków po zmroku?
- Niestety, satelity nie dały sobie rady z przesłaniającym całe miasto dymem. Co prawda, wyraźnie widać kilka fragmentów, ale na nich nie widać ani jednego pojazdu. Wykluczamy również transport podziemny, bo od kilku miesięcy wszystkie kanały są zasypane, przez co w mieście praktycznie nie ma bieżącej wody, a higiena praktycznie nie istnieje. Ponadto, informatorzy nie donieśli o żadnych nocnych ruchach nieprzyjaciela... Bitwa przypominała te średniowieczne. Oblężenie, atak, odpoczynek, znowu atak. Kiedy my odpoczywaliśmy, oni odpoczywali również. Mimo kilku strzałów w czasie ciszy, nic się nie działo...
Cisza zapadła głęboka jak studnia. Nikt się nie odzywał, jakby zupełnie nie wiedząc, o co chodzi. Wszyscy wpatrywaliśmy się oszołomieni w podłogę.
- Dobrze... - powiedział spokojnie generał Almond – Major Brown i pani kapitan mogą zostać. Reszcie dziękuję i poproszę o powrót do swoich obowiązków.
To mówiąc, generał lekko skinął głową i obserwował, jak oficerowie wstają ze swoich miejsc i szurając nogami, wychodzą z pomieszczenia. Kiedy wyszedł ostatni z oficerów, drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem.
- Panie generale, czy jest coś, co pan pominął, sir? - zapytała cicho Ross, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyciągnąłem papierosa i korzystając z świetnie działającej wentylacji pokoju operacyjnego, pierwszy raz od wielu dni rozkoszowałem się nikotyną w zamkniętym pomieszczeniu.
- Właściwie, nie, pani kapitan... - odpowiedział generał, również zapalając papierosa – Tak naprawdę, mam dla was misję. Cel jest jeden, ale środki rozwiązania równania zostawiam w waszej kwestii. Macie pełne poparcie.
- Sir? - zapytałem, prostując mimowolnie plecy.
- Jako jedni z niewielu oficerów tej wojny macie praktycznie stu procentową skuteczność działania. Nie myślcie, że jesteście jedyni, którzy pracują w duecie. W całym kraju jest kilkanaście takich zespołów, jak wy. Ale, z całym moim upodobaniem do lotnictwa, wy jesteście najlepsi.
Milczeliśmy, nie wiedząc co powiedzieć.
- Bez owijania w bawełnę. Przerzucimy was do Francji, macie wyjaśnić tą zagadkę. Bez tego, wciąż będziemy dostawać łupnia. Mówiąc szczerze, od was zależą dalsze losy tej wojny.
Poczułem się, jakby ktoś zdzielił mnie kolbą karabinu w skroń. My? Dlaczego akurat my? Mimo paru spektakularnych akcji w przeszłości, nie wyróżnialiśmy się niczym specjalnym.
- Sir... - mruknęła niepewnie Ross – Dlaczego my?
- Jakby to pani kapitan wytłumaczyć... Nie mamy nikogo, kto podjąłby się tej misji. Mógłbym wysłać tam każdego, to leży w mojej mocy. Ale żołnierz zmuszony do walki umiera szybciej, niż zdąży oddać pierwszy strzał. A wydaje mi się, że wy macie za co dokopać tym gnojkom, mam rację? Poza tym, na miłość boską, wy kochacie to co robicie!
Generał Almond miał rację. Strata połowy oddziału w wyniku źle zaplanowanej akcji, cudowna ucieczka, kluczowe informacje, które dostarczyliśmy, zimna krew, z którą walczyliśmy... Faktycznie, mogliśmy się do tego nadawać.
- Poza tym, nie odmówicie okazji, prawda? - zapytał Almond, uśmiechając się lekko.
- Tak jest, sir! - powiedziałem, gwałtownie podnosząc się z miejsca – Kiedy mamy wyruszyć?
Dziwnym trafem nagle poczułem, że to misja w sam raz dla nas. Dusiłem się w betonowych ścianach bunkrów, mimo codziennych patroli na brzegu morza. Chciałem, żeby ta wojna w końcu się skończyła.
- Samolot z zaopatrzeniem wylatuje dziś o siódmej wieczorem. Nocny lot jest najbezpieczniejszy. Akurat dwa miejsca się znajdą...
Dziwnym trafem, od kilku tygodni nie potrafiłem z nim rozmawiać. Był od wielu lat moim jedynym, najlepszym przyjacielem, kimś więcej, niż brat. Był moim towarzyszem, przyjacielem, rodziną. Wszystkim w jednej osobie. Kiedy wybuchła wojna, siedzieliśmy akurat na piwie w jednym z londyńskich pubów. O zbrojeniach w Federalnych Niemczech słyszało się od dawna, ale nikt jakoś nie traktował tego, jako powodu do niepokoju. Aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, w telewizji pojawił się komunikat o tym, że po raz drugi w historii świata, Niemcy nad ranem wkroczyły do Polski. Narody Zjednoczone natychmiast postawiły w gotowość wszystkie możliwe siły. Ale kiedy następnego dnia fala wojny rozlała się z Niemiec na wszystkie ościenne kraje, nie było mowy o dyplomacji. Rozpętało się piekło, w które wkrótce popadł cały świat...
- Max, co się...
Nie zdążył dokończyć. Pokój wypełniło głuche łomotanie w drzwi. Chwilę później otworzyły się, a do środka wpadła zdenerwowana Ross. Nie zdążyłem nawet na nią dobrze spojrzeć.
- Maxxie, wiedziałam, że tu jesteś. do góry. Ruchy, ruchy. Liam, leć do sztabu. Nie ma czasu, szybko!
Nauczony gorączką i szalonym tempem wojny, nawet nie pytałem. Wiedziałem tylko, że nie jest wesoło. Wystarczyło spojrzeć na twarz dziewczyny.
- Na litość boską, zapnij mundur. Jak cie tak zobaczą, to oberwiesz... - sapnęła Rosie, kiedy biegliśmy szerokim, ponurym korytarzem bunkra D.
- Co się dzieje, jak rany?! - zapytałem, walcząc z uciekającym mi guzikiem. Jest.
- Zaraz się dowiesz... - zawyrokowała, kiedy zatrzymaliśmy się przed pancernymi, podwójnymi drzwiami do głównej sali odpraw. To wróżyło jeszcze gorzej niż zdenerwowana przyjaciółka wpadająca w środku nocy.
Drzwi rozsunęły się na boki z głośnym jękiem prowadnic, po których przesuwały się potężne skrzydła. Wokół ustawionego na środku, wielkiego stołu stali wszyscy oficerowie naszej jednostki. Stanąłem jak wryty, bo w centralnym miejscu, przy ogromnej, elektronicznej tablicy stał nikt inny, jak Ben Almond, szef połączonych sztabów armii Wielkiej Brytanii. W innych okolicznościach pomyślałbym, że to dla nas niezły zaszczyt, ale teraz to nie zwiastowało radosnych chwil. Wręcz przeciwnie. Wyprostowałem się i salutując, wlepiłem w niego pytające spojrzenie.
- Skoro już wszyscy są, proszę spocząć, panie i panowie... - głos Almonda był łagodny, ale było w nim coś nie znoszącego sprzeciwu. Siwiejący już generał miał nienaganną postawę, wyćwiczoną wieloma latami spędzonymi w wojsku. Zdziwiło mnie też, że nie miał na sobie swojego zwykłego, podobnego do garnituru, munduru. Zamiast niego ubrany był w zwykły, polowy mundur w miejskim kamuflażu. Na kieszeni od strony serca błyszczały złotem jego insygnia, poza tym, nie różnił się z pozoru ode mnie czy od innych oficerów, wyrwanych ze snu. Pod jego oczami widać było głębokie sińce, zapewne efekt wielu nieprzespanych nocy. Zwykle widywało się go idealnie ogolonego, tym razem jego kwadratową szczękę pokrywał kilkudniowy zarost.
Oficerowie pospiesznie zajęli miejsca, a kilku z nich, w tym ja i Rosie, z braku krzeseł, staliśmy pod ścianą po prawej stronie tablicy. Wszyscy zgodnie wlepialiśmy wzrok w Almonda.
- Kto jest autorem dzisiejszej jatki na plaży na odcinku tango siedem delta? - zapytał spokojnie generał, wodząc wzrokiem po zebranych.
Poczułem nieprzyjemny dreszcz na plecach. Czułem, że obok mnie Ross zadrżała. Nie dobrze... Nie bardzo wiedząc, czy odpowiedzieć, czy nie, wystąpiliśmy do przodu, prostując się jak struny.
- Major Max Brown oraz kapitan Rosalie Ryan, sir! - powiedziałem głośno, przykładając dłoń do czoła. Kątem oka spojrzałem na Ross, robiącą dokładnie to samo.
- Dobra robota, spocznij.
Zatkało mnie. Spodziewałem się potężnej awantury, w końcu nasze działanie było swego rodzaju samowolą. Aczkolwiek jako jedyni oficerowie tego kompleksu, działający tylko w zespole, często wychodziliśmy ze wszystkiego obronną ręką. Splotłem dłonie za plecami.
- Według raportu, podczas rutynowego patrolu na odcinku tango siedem delta... - mówił generał Almond, przesuwając wzrokiem po trzymanych kartkach papieru – W odległości około trzech mil od stacji Tango Jeden napotkaliście sześcioosobową łódź pontonową nieprzyjaciela, zgadza się? Czy znowu coś jest pomieszane?
- Nie, sir, zgadza się, sir.
- Dobrze... - mruknął mężczyzna – Po rozpoznaniu oznaczeń na łodzi, major Brown podjął decyzję o kontakcie. Postępując według ustalonych z kapitan Ryan zasad, oddaliście w stronę nieprzyjaciela kilkanaście strzałów. Przy życiu pozostał tylko jeden członek załogi... Zgadza się?
- Tak jest, sir.
- A możecie mi powiedzieć, dlaczego?
- Sir, raport wyraźnie...
- Nie pytam, co twierdzi raport. Pytam was, majorze.
Znów poczułem się niepewnie.
- Sir, melduję, że jeniec posiadał przy sobie pojemnik, w którym mogły znajdować się cenne dla nas informacje, sir. Podjąłem decyzję o pozostawieniu go przy życiu w celu przesłuchania w kompleksie, sir. Oczywiście zdaję sobie sprawę z konsekwencji...
- Bzdura! - przerwał mi generał – Nie ma mowy o jakichkolwiek konsekwencjach. Postąpiliście wzorowo, majorze, nie zapomnę wspomnieć o waszych zasługach. Czy podczas przewozu do kompleksu wojskowego, jeniec coś powiedział? Kapitan Ryan?
- Nie, sir! - powiedziała głośno Ross, robiąc pół kroku w przód.
- Nic?
- Nie, sir. Odmówił tylko pomocy medycznej. Po oddaniu jeńca żandarmom, nie mieliśmy z nim jakiegokolwiek kontaktu, sir.
- Zawsze irytowało mnie ten sposób mówienia... - mruknął generał, patrząc na Rosie. Dziewczyna zamrugała oczami.
- Sir?
- Właśnie to sir. Czuję się, jakbym miał nad wami jakąś oszałamiającą władzę... Usiądźcie proszę. Mam wrażenie, że to, w jakiej sytuacji znajduje się nasz kraj, nie wymaga takich patetycznych uniesień. Nikt się chyba nie obrazi, jak porozmawiamy normalnie..? Jestem już trochę zmęczony.
Nie bardzo wiedząc, gdzie mamy usiąść, przysiedliśmy na stopniach prowadzących do tablicy. Generał również usiadł, z tą różnicą, że na brzegu stołu i wlepił w zebranych dziwne spojrzenie.
- Sprawa jest dość nieciekawa. Zaraz po otrzymaniu meldunku o tym, co wydarzyło się na plaży, wysłano tam ekipę sprzątającą, mającą za zadanie usunąć wszelkie ślady zdarzenia. Mimo dokładnie podanej lokalizacji, po dotarciu na miejsce, żołnierze znaleźli tylko podziurawiony ponton, który dryfował przy brzegu. Ciał nie było.
- Z całym szacunkiem, panie generale... - zacząłem, kiedy upewniłem się, że generał skończył. Dziwnie było mi mówić do niego jak do równego, w końcu nie tego nas uczyli.
- Proszę mówić, majorze.
- Wraz z Ros... Z kapitan Ryan ukryliśmy ciała. Może właśnie dlatego...
- Oddział sprzątający dokładnie przeszukał brzeg na odcinku stu metrów od miejsca zdarzenia. Znalazł ślady wymiany ognia, znalazł nawet miejsce, z którego strzelaliście, majorze. Ślady krwi wciąż były widoczne, mimo to, ciał nie było. Podejrzewacie coś?
Zastanowiłem się. Ciężko było mi w to uwierzyć.
- Nie, panie generale.
Rosie, zapytana o to samo, odpowiedziała w identyczny sposób.
- Sierżant Glicchini, dowódca oddziału sprzątającego jest tu z nami? - zapytał generał, odszukując nazwisko na liście, którą trzymał w ręku.
- Tak jest, sir! - odezwał się Glicchini, wstając od stołu. Mimo, że spędziłem w tym kompleksie już pół roku, widziałem go pierwszy raz w życiu. Wyglądał na całkiem porządnego człowieka.
- Proszę opowiedzieć majorowi i pani kapitan, co zastaliście na miejscu zdarzenia. Ja znam raport... - powiedział spokojnie Almond, rzucając stos papierów na stół.
- Tak jest! Panie majorze, pani kapitan... - sierżant odwrócił się w naszą stronę i przyłożył dłoń do czoła. Kiwnęliśmy głowami prawie równocześnie.
- Ja i piątka moich ludzi udaliśmy się na miejsce zdarzenia lekkim transporterem ATOR (Armored Transport Of Rescue). Miejsce zdarzenia naniesione na mapę odnaleźliśmy po około dwudziestu minutach od wyruszenia z bazy. Kapral Larson oraz starszy kapral Winchester zabezpieczali teren, podczas gdy ja i pozostali szukaliśmy ciał. Mimo dwu godzinnych poszukiwań, natrafiliśmy jedynie na ślady krwi w dwóch miejscach. Pierwsze wyraźnie wskazywały na miejsce strzelaniny, drugie na miejsce złożenia ciał. Mimo dokładnego przeczesania terenu, zwłok nie udało się odnaleźć, sir. Złożyliśmy raport zaraz po zakończeniu ciszy radiowej i po otrzymaniu rozkazu powrotu, wróciliśmy do bazy. Zniszczony ponton został złożony w magazynie, my zaś powróciliśmy do swoich obowiązków na terenie bunkra F.
Sierżant Glicchini zakończył swoją opowieść i znów salutując, usiadł na swoim miejscu.
Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, złożyłem dłonie na kolanach i wbiłem wzrok w martwy punkt. Pierwszy odezwał się generał Almond.
- Jeniec odmówił pomocy medycznej również w areszcie, dopiero podanie mu środka usypiającego dało jakieś efekty i medycy mogli zająć się raną. Dobrze strzelacie, majorze. Skutecznie go unieruchomiliście, prawdopodobnie do końca życia będzie kulał.
Mimo woli lekko się uśmiechnąłem. Generał Almond zignorował to i ciągnął dalej.
- Wciąż przebywa pod wpływem silnych leków, które... jakby to ująć... nieco przytępiły jego zmysły, więc chwilowo nie jest możliwe jego przesłuchanie. Chętnie wezmę w nim udział. Ale nie to jest głównym tematem spotkania. Czy ktoś chciałby coś jeszcze dodać w tej sprawie?
Odpowiedziała mu głucha, pełna napięcia cisza.
- Dobrze. Zapewne wszyscy tu obecni śledzą na bieżąco wydarzenia tej okrutnej wojny. Na pewno wiecie, gdzie działa jaki front i które jednostki rozsypane są po całej Europie. Myślę, że też wszyscy wiemy, jaką bronią dysponuje nasz nieprzyjaciel. Pomińmy Rosję i Chiny, skupmy się tylko na Rzeszy. Mam rację?
Nikt się nie odezwał, wszyscy tylko zgodnie pokiwali głowami.
- Przywódców armii jednak zastanowił jeden fakt. Mimo rozległych ofensyw na niemieckie siły, wciąż dostajemy, grzecznie mówiąc, łupnia. Zadziwiający jest fakt, że część z tych oddziałów Rzeszy, które spuściły nam łomot, dysponowało o wiele słabszym uzbrojeniem i opancerzeniem, niż nasze oddziały szturmujące. A mimo to w przypadku walk trwających dłużej niż dwa dni, ogólny stan liczebny oddziałów niemieckich nie zmienił się zbytnio. A otrzymaliśmy kilkaset potwierdzeń trafień śmiertelnych. Wywiad i obserwatorzy zameldowali, że siły niemieckie nie otrzymały żadnego wsparcia lądowego ani powietrznego. Transport morski zdecydowanie odpada, bo walki toczyły się przeważnie w głębi lądu.
Słuchaliśmy w milczeniu. Generał, widząc, że nie mamy nic do powiedzenia, kontynuował.
- Weźmy na przykład... - kliknął pilotem, celując w tablicę – Jedną z najnowszych bitew pod Saint Marcel we Francji. Nasze oddziały przypuściły szturm na miasto.
Na tablicy zaczęły przesuwać się nagrania z satelity.
- Nasze oddziały liczyły ponad tysiąc żołnierzy piechoty, wspieranych przez sześćdziesiąt lekkich czołgów. Według wywiadu, nieprzyjaciela było dwa razy więcej, jednak nie dysponował artylerią przeciwpancerną, co utwierdziło nas w przekonaniu, że nie spodziewał się ataku. Mimo to, po czterech dniach silnego ostrzału naszych czołgów i wielu walkach ulicznych... - znów pstryknięcie pilotem.
Zdjęcie przedstawiało to samo miejsce czwartego dnia. Setki płonących budynków, wyraźnie przerzedzone siły Brytyjskie i praktycznie niezmienione rozlokowanie jednostek niemieckich.
- Jak widzicie, nasi dostali w dupę. Z sześćdziesięciu czołgów sprawnych zostało osiem. Inne zostały zniszczone lub ich działa przegrzały się, czyniąc je nieużytecznymi. Tak zmasowany był ostrzał. Przy życiu zostało dwustu trzydziestu żołnierzy i czterech dowódców. Niemców jest tylko o dwudziestu mniej. Z czego w tej dwudziestce nie było ani jednego lekarza, dowódcy lub mechanika. Sami zwykli żołnierze. A tak jak mówiłem wcześniej, nie było żadnych posiłków. Ba, nad miastem nie pojawił się nawet żaden samolot Rzeszy. Kompletne zero. To, jakim cudem stan ich oddziałów w ogóle się nie zmienił, pozostaje dla nas niewyjaśnioną zagadką. Podobnie było w innych miejscach, gdzie walki się przedłużały. Podobne informacje otrzymaliśmy od wojsk polskich, francuskich, węgierskich oraz portugalskich. Wszędzie dostajemy łupnia, drodzy państwo. A niemiaszki nadal mają się dobrze. I tego nie potrafimy zrozumieć.
- Jeśli pan pozwoli, generale... - odezwała się cicho Ross – Wszystkie te zdjęcia wykonano za dnia. A co z nocą? Nie mogli otrzymywać posiłków po zmroku?
- Niestety, satelity nie dały sobie rady z przesłaniającym całe miasto dymem. Co prawda, wyraźnie widać kilka fragmentów, ale na nich nie widać ani jednego pojazdu. Wykluczamy również transport podziemny, bo od kilku miesięcy wszystkie kanały są zasypane, przez co w mieście praktycznie nie ma bieżącej wody, a higiena praktycznie nie istnieje. Ponadto, informatorzy nie donieśli o żadnych nocnych ruchach nieprzyjaciela... Bitwa przypominała te średniowieczne. Oblężenie, atak, odpoczynek, znowu atak. Kiedy my odpoczywaliśmy, oni odpoczywali również. Mimo kilku strzałów w czasie ciszy, nic się nie działo...
Cisza zapadła głęboka jak studnia. Nikt się nie odzywał, jakby zupełnie nie wiedząc, o co chodzi. Wszyscy wpatrywaliśmy się oszołomieni w podłogę.
- Dobrze... - powiedział spokojnie generał Almond – Major Brown i pani kapitan mogą zostać. Reszcie dziękuję i poproszę o powrót do swoich obowiązków.
To mówiąc, generał lekko skinął głową i obserwował, jak oficerowie wstają ze swoich miejsc i szurając nogami, wychodzą z pomieszczenia. Kiedy wyszedł ostatni z oficerów, drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem.
- Panie generale, czy jest coś, co pan pominął, sir? - zapytała cicho Ross, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyciągnąłem papierosa i korzystając z świetnie działającej wentylacji pokoju operacyjnego, pierwszy raz od wielu dni rozkoszowałem się nikotyną w zamkniętym pomieszczeniu.
- Właściwie, nie, pani kapitan... - odpowiedział generał, również zapalając papierosa – Tak naprawdę, mam dla was misję. Cel jest jeden, ale środki rozwiązania równania zostawiam w waszej kwestii. Macie pełne poparcie.
- Sir? - zapytałem, prostując mimowolnie plecy.
- Jako jedni z niewielu oficerów tej wojny macie praktycznie stu procentową skuteczność działania. Nie myślcie, że jesteście jedyni, którzy pracują w duecie. W całym kraju jest kilkanaście takich zespołów, jak wy. Ale, z całym moim upodobaniem do lotnictwa, wy jesteście najlepsi.
Milczeliśmy, nie wiedząc co powiedzieć.
- Bez owijania w bawełnę. Przerzucimy was do Francji, macie wyjaśnić tą zagadkę. Bez tego, wciąż będziemy dostawać łupnia. Mówiąc szczerze, od was zależą dalsze losy tej wojny.
Poczułem się, jakby ktoś zdzielił mnie kolbą karabinu w skroń. My? Dlaczego akurat my? Mimo paru spektakularnych akcji w przeszłości, nie wyróżnialiśmy się niczym specjalnym.
- Sir... - mruknęła niepewnie Ross – Dlaczego my?
- Jakby to pani kapitan wytłumaczyć... Nie mamy nikogo, kto podjąłby się tej misji. Mógłbym wysłać tam każdego, to leży w mojej mocy. Ale żołnierz zmuszony do walki umiera szybciej, niż zdąży oddać pierwszy strzał. A wydaje mi się, że wy macie za co dokopać tym gnojkom, mam rację? Poza tym, na miłość boską, wy kochacie to co robicie!
Generał Almond miał rację. Strata połowy oddziału w wyniku źle zaplanowanej akcji, cudowna ucieczka, kluczowe informacje, które dostarczyliśmy, zimna krew, z którą walczyliśmy... Faktycznie, mogliśmy się do tego nadawać.
- Poza tym, nie odmówicie okazji, prawda? - zapytał Almond, uśmiechając się lekko.
- Tak jest, sir! - powiedziałem, gwałtownie podnosząc się z miejsca – Kiedy mamy wyruszyć?
Dziwnym trafem nagle poczułem, że to misja w sam raz dla nas. Dusiłem się w betonowych ścianach bunkrów, mimo codziennych patroli na brzegu morza. Chciałem, żeby ta wojna w końcu się skończyła.
- Samolot z zaopatrzeniem wylatuje dziś o siódmej wieczorem. Nocny lot jest najbezpieczniejszy. Akurat dwa miejsca się znajdą...
- Pan generał
wiedział, że przyjmiemy misję, prawda? - zapytała Rosie, stając
obok mnie.
- Szczerze mówiąc, ani przez chwilę w to nie wątpiłem. Zgłoście się do magazynu, wiedzą, że tam przyjdziecie. Mają dać wam wszystko, czego potrzebujecie. Dane wywiadowcze otrzymacie na pokładzie samolotu. A, panie majorze... W magazynie czeka na pana niespodzianka. Mam nadzieję, że chociaż to zagwarantuje panu trochę poczucia bezpieczeństwa.
Generał skinął głową najpierw Ross, potem mnie i wyszedł, zostawiając nas w pokoju operacyjnym, który rozbrzmiewał buczeniem wentylatorów w suficie.
- Nie mam pojęcia, jak my im to powiemy. Przecież nas zabiją... - mamrotała pod nosem Rrosie, kiedy schodziliśmy metalowymi schodami do części kompleksu, w której przetrzymywano broń i wyposażenie.
- Może im nie mówmy?
- Zwariowałeś?! Wtedy w ogóle nie mamy po co tu wracać...
- Faktycznie. Wiesz co, może skupmy się na zadaniu. Pomyślimy o tym, jak już zdecydujemy, co zabrać. Masz jakiś pomysł? - zapytałem, kiedy na końcu korytarza ukazały się podwójne, stalowe drzwi do magazynów. W kącie siedziało na spartańskich krzesłach dwóch strażników. Na nasz widok podnieśli się i unieśli dłonie do czoła.
- Nie, nie wiem... - odparła Ross – Spocznij. Kapitan Ryan i major Brown, z upoważnienia generała Almonda. Mamy dostać nieograniczony dostęp do środków bojowych.
Jeden ze strażników, którego chyba już gdzieś kiedyś widziałem, sprawdził listę. Pokiwał z aprobatą głową i wystukał na klawiaturze kod dostępu. Mimo woli zerknąłem na wystukiwane cyfry, ale szerokie bary strażnika zasłoniły mi połowę klawiatury.
Ciężkie skrzydła stalowych drzwi rozsunęły się wyjątkowo bezgłośnie i weszliśmy z Ross do środka. Chwilę później drzwi zamknęły się z cichym łupnięciem.
Magazyny były ogromne. Pod prawą ścianą zebrane były wszystkie pojazdy, które akurat nie brały udziału w rutynowych misjach naszej jednostki. Rzędy terenowych pojazdów zwiadowczych o trzech osiach, kilkadziesiąt RFV, kilkanaście ATOR-ów, sześć ciężkich dział samobieżnych i cztery lśniące nowością samojezdne ECV (Electric Crisis Vehicle), potężnych generatorów energetycznych, które potrafiły zasilić małe miasto.
Pod przeciwległą ścianą bez końca ciągnęły się skrzynie, regały i stojaki z indywidualną bronią. Kontenery granatów, pocisków artyleryjskich, mundurów, pancerzy, pasów i kamizelek taktycznych. Wszystko ułożone w nienagannym porządku.
Kiedy za naszymi plecami rozległy się kroki, błyskawicznie się obróciliśmy. Wytrzeszczyłem oczy, widząc, jak w naszą stronę idą nasi najlepsi przyjaciele, Harry i Liam, z poważnymi minami i równie poważnymi podkładkami do dokumentów w rękach.
- Co...? Co to znaczy? - zapytała Rosie, równie zdziwiona, co ja.
- Dostaliśmy rozkaz przydzielić wam sprzęt... - powiedział twardo Harry, wpatrując się w Ross spojrzeniem, które absolutnie nie współgrało z jego suchym tonem.
- Także, przydzielimy go wam. I tak, wiemy, że wyjeżdżacie, płakać nie będziemy, chociaż nie ukrywam, mało nas to cieszy. Ale wy potraficie uciec nawet śmierci, więc po prostu będziemy czekać, aż wrócicie... - powiedział Liam, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem.
Byłem tak zdziwiony, że ciężko wykrztusić mi było nawet jedno słowo.
- Ah, tak, Maxxie... - powiedział już nieco pogodniej Harry – mam dla ciebie coś specjalnego! Ross, pójdziesz z Liamem i wybierzesz sobie, co tam chcecie. I nie, RVF zostaje, nie ma dla niego miejsca! - dodał chłopak, doskonale znając zamiłowanie Rosie do tego pojazdu.
Mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, Rosie powlokła się za Liamem. Harry obrócił się na pięcie i pomaszerował pomiędzy rzędami lśniących ATOR-ów. Chcąc nie chcąc, poszedłem za nim. Nie ukrywałem nawet tego, że zżera mnie ciekawość.
- Harry, o co tu chodzi? Co ty masz mi pokazać? Mów, bo jak tu stoję, walnę cie w łeb!
- No już, czekaj... - chłopak zatrzymał się przed pancernymi drzwiami, dłubiąc w kieszeni kurtki. Wyszarpnął w końcu niewielki, metalowy przedmiot, który widziałem pierwszy raz na oczy i wetknął go w trójkątny otwór w samym środku drzwi. Coś zapiszczało i drzwi bardzo powoli zaczęły się otwierać. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że mają grubość co najmniej czterdziestu centymetrów.
- Gdzie ty mnie... - zapytałem, wchodząc za Harrym do pomieszczenia, ale nie dokończyłem. Bo za drzwiami, za którymi spodziewałem się wnętrza sejfu, rozpościerała się potężna, wypełniona białym blaskiem hala, po której krzątały się dziesiątki ludzi w białych fartuchach. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak wielki obiekt mieści się pod kilkoma poziomami naszych bunkrów, które też były ogromne. Jak to zbudowali, nie wiem do dziś.
„No nie, szpital? Chcą mnie tu przebadać?” - pomyślałem, ale wciąż na krok nie odstąpiłem Harrego.
- Tędy... - mruknął Harry i skręcił w prawo, w nieco ciasny korytarz. Otworzył jakieś drzwi i wpuścił mnie przodem.
Wszedłem do środka i nim moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, Harry włączył światło. Ściany pomieszczenia, od podłogi do sufitu, obwieszone były stojakami na broń. Wielu z karabinów, wiszących na ścianach, nie widziałem nigdy na oczy. Na samym środku stał długi na około półtora metra, stalowy kontener z zamkami magnetycznymi po obu stronach. Harry stanął przy jednym z nich.
- Włóż swój identyfikator – powiedział Harry.
Wydłubałem plastikową kartę z kieszeni i wetknąłem w szczelinę czytnika. Stojący na drugim końcu chłopak zrobił to samo. Coś cicho pstryknęło i górna ścianka kontenera uniosła się na hydraulicznych teleskopach. Powoli podnosiła się do góry...
- Witaj w najbardziej strzeżonym sektorze badawczym w całym Zjednoczonym Królestwie. A to... To prezent od armii dla ciebie. Boudika CR-21. Jeden, jedyny egzemplarz, który wyprodukowaliśmy.
Zatkało mnie. Chciwym wzrokiem wpatrywałem się w to, co wysunęło się z kontenera. Uwielbiałem Odarię. Ale Boudika... Była jeszcze wspanialsza. Poczynając od pięknie wyprofilowanej kolby z jasnego, prawie białego drewna, przez łoże o kolorze tytanu, potężny magazynek na naboje kalibru, którego nie potrafiłem sprecyzować, na ogromnej lufie kończąc. Broń była olbrzymia. Zamontowany na niej celownik był chyba jakimś cudem techniki.
Spojrzałem na Harrego. Skinął głową, uśmiechając się lekko.
Wyciągnąłem ręce i chwyciłem karabin. Z dość dużą siłą szarpnąłem w górę i wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Spodziewałem się wagi godnej IATR (Individual Anti Tank Rifle), największych z możliwych karabinów przeciwpancernych. Boudika ważyła mniej, niż moja ukochana Odaria. Mimo ogromnych rozmiarów, jej waga porównywalna była do standardowych karabinów szturmowych.
- Robi wrażenie, co? - zapytał Harry, uśmiechając się jeszcze szerzej na widok mojej zaskoczonej miny.
- Co... Co to jest? - zapytałem, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu.
- Krótko mówiąc, zabójca. Nie ma nic, co mogłoby się z nią równać. Kaliber sześćdziesiąt milimetrów, amunicja wodorowa. Celownik termowizyjny, optyczny z dwudziestokrotnym powiększeniem, laserowy i hydronowy.
- Hydronowy?! - zapytałem, z szeroko otwartymi oczyma wbitymi w niesamowite urządzenie.
- Tak, potrafi podświetlić cele posiadające w sobie wodę. Bardzo przydatny w warunkach miejskich, w dżungli raczej bym go nie używał, chyba, że chcesz oszaleć.
- Tak, faktycznie... - mruknąłem, bardziej do siebie, niż do niego.
- Ponadto, Boudika jest odporna na wysokie i skrajnie niskie temperatury, pokryta farbą stealth, a w tytanowe bebechy wpletli jej jakieś polimery, co sprawia, że ciężko ją wykryć nawet najsilniejszym wykrywaczem metalu. Krótko mówiąc – jeśli nie rzucisz nią Szkopom w twarz, nie znajdą jej, chociażby mieli się zesrać.
- To... To jest niemożliwe! - wykrztusiłem, odkładając karabin na kontener. Poczułem się tak, jakbym trzymał w ręku młotek samego Boga.
- A jednak. Chcesz ją przestrzelać?
- Tutaj?!
- Tak, zaraz obok mamy strzelnicę.
- Ale jak to...? Przecież to karabin snajperski! Jak to przestrzelać pod ziemią?
- Nie doceniasz swoich chlebodawców, Max... - mruknął tajemniczo Harry i przeszedł szybkim krokiem do drzwi na drugim końcu pomieszczenia.
- No idziesz? - zapytał, kiedy wciąż stałem jak wryty przy Boudice.
Ruszyłem się z miejsca, łapiąc karabin.
Kiedy przeszedłem przez drzwi, po raz kolejny stanąłem oniemiały. Ten budynek wciąż mnie zaskakiwał. Bo za leżącym na ziemi, grubym kocem, rozciągał się koszmarnie długi, wąski korytarz. Nie wiem, jak długi, bo jego koniec niknął w mroku.
- Tu testujemy wszystkie karabiny dalekiego zasięgu. Ten korytarz ma około kilometra długości, czyli mniej więcej tyle, ile potrzeba, by sprawdzić, czy nadajesz się do strzelania. Na końcu jest cel wielkości połowy ludzkiej pięści. Jeśli trafisz w niego tym cudem, trafisz zawsze i wszędzie. Oczywiście, nie strzelisz teraz z amunicji, która jest dedykowana do tej broni. Dostaniesz zwykłą. Chociaż, do Boudiki nawet zwykła amunicja nie jest całkiem zwykła.
- Jak to? - zapytałem, kiedy Harry położył mi na dłoni trzy ogromne pociski. Kaliber sześćdziesiąt... Chryste, jakie to wielkie!
- Sam zobaczysz. Gotów?
- Jasne!
Ułożyłem się na grubym, ciemnym kocu i oparłem Boudikę na dwójnogu, przymocowanym przy końcu łoża. Oparłem policzek na kolbie i poczułem jakąś więź z martwym przedmiotem. Natychmiast wiedziałem, że jeśli mam iść na wojnę, to tylko z nią. Bijące od lakierowanego drewna ciepło uspokoiło mnie totalnie. Wziąłem kilka spokojnych, głębokich wdechów i uspokoiłem bicie serca. Spojrzałem przez celownik, przekręcając pokrętła o kilka klików w lewo. Widać było, że nikt z niej jeszcze nie strzelał, bo obraz w wizjerze był zupełnie nie ostry. Ustawiłem wszystko po swojemu. W wizjerze ukazał się cel, który wbrew słowom Harrego, był chyba jeszcze mniejszy, niż ludzka pięść. Umieściłem krzyż celownika dokładnie pośrodku. Delikatnie wypuszczając powietrze, pociągnąłem za spust. Cel zniknął w chmurze pyłu.
Spodziewałem się ogłuszającego huku wystrzału. Jednak szybko uświadomiłem sobie, że tak gruba lufa nie może być zwykłą lufą. Zza pleców dobiegł mnie głos Harrego.
- Karbonowy tłumik wbudowany w lufę. Sprawdzona słyszalność wystrzału to siedemdziesiąt dwa metry. Gdzie przy pięćdziesięciu brzmi tak, jakby ktoś kichnął.
- Niesamowite... Ale mówiłeś, że ta zwykła amunicja nie jest zwykła?
- Spójrz na cel, pył chyba już opadł.
Spojrzałem znów przez celownik i wyrwało mi się ciche stęknięcie. Koniec tunelu cały poorany był bruzdami o głębokości co najmniej pięciu centymetrów. Wzmacniany stalą beton wyglądał jak durszlak.
Mimo woli odsunąłem broń od twarzy i podniosłem się powoli.
- Co to jest za diabelstwo!?
- Naszego projektu pociski odłamkowe. Pierwszy człon naboju tylko penetruje cel. Druga część eksploduje i rozrzuca dookoła pod ogromnym ciśnieniem niewielkie, metalowe stożki. Nawet, jeśli jakimś cudem chybisz, cel nie będzie miał zbyt wielkich szans na przeżycie. To właśnie jest Boudika. Gdybyśmy mieli jeszcze trochę czasu, pewnie czytałaby ci w myślach...
- Szczerze mówiąc, ani przez chwilę w to nie wątpiłem. Zgłoście się do magazynu, wiedzą, że tam przyjdziecie. Mają dać wam wszystko, czego potrzebujecie. Dane wywiadowcze otrzymacie na pokładzie samolotu. A, panie majorze... W magazynie czeka na pana niespodzianka. Mam nadzieję, że chociaż to zagwarantuje panu trochę poczucia bezpieczeństwa.
Generał skinął głową najpierw Ross, potem mnie i wyszedł, zostawiając nas w pokoju operacyjnym, który rozbrzmiewał buczeniem wentylatorów w suficie.
- Nie mam pojęcia, jak my im to powiemy. Przecież nas zabiją... - mamrotała pod nosem Rrosie, kiedy schodziliśmy metalowymi schodami do części kompleksu, w której przetrzymywano broń i wyposażenie.
- Może im nie mówmy?
- Zwariowałeś?! Wtedy w ogóle nie mamy po co tu wracać...
- Faktycznie. Wiesz co, może skupmy się na zadaniu. Pomyślimy o tym, jak już zdecydujemy, co zabrać. Masz jakiś pomysł? - zapytałem, kiedy na końcu korytarza ukazały się podwójne, stalowe drzwi do magazynów. W kącie siedziało na spartańskich krzesłach dwóch strażników. Na nasz widok podnieśli się i unieśli dłonie do czoła.
- Nie, nie wiem... - odparła Ross – Spocznij. Kapitan Ryan i major Brown, z upoważnienia generała Almonda. Mamy dostać nieograniczony dostęp do środków bojowych.
Jeden ze strażników, którego chyba już gdzieś kiedyś widziałem, sprawdził listę. Pokiwał z aprobatą głową i wystukał na klawiaturze kod dostępu. Mimo woli zerknąłem na wystukiwane cyfry, ale szerokie bary strażnika zasłoniły mi połowę klawiatury.
Ciężkie skrzydła stalowych drzwi rozsunęły się wyjątkowo bezgłośnie i weszliśmy z Ross do środka. Chwilę później drzwi zamknęły się z cichym łupnięciem.
Magazyny były ogromne. Pod prawą ścianą zebrane były wszystkie pojazdy, które akurat nie brały udziału w rutynowych misjach naszej jednostki. Rzędy terenowych pojazdów zwiadowczych o trzech osiach, kilkadziesiąt RFV, kilkanaście ATOR-ów, sześć ciężkich dział samobieżnych i cztery lśniące nowością samojezdne ECV (Electric Crisis Vehicle), potężnych generatorów energetycznych, które potrafiły zasilić małe miasto.
Pod przeciwległą ścianą bez końca ciągnęły się skrzynie, regały i stojaki z indywidualną bronią. Kontenery granatów, pocisków artyleryjskich, mundurów, pancerzy, pasów i kamizelek taktycznych. Wszystko ułożone w nienagannym porządku.
Kiedy za naszymi plecami rozległy się kroki, błyskawicznie się obróciliśmy. Wytrzeszczyłem oczy, widząc, jak w naszą stronę idą nasi najlepsi przyjaciele, Harry i Liam, z poważnymi minami i równie poważnymi podkładkami do dokumentów w rękach.
- Co...? Co to znaczy? - zapytała Rosie, równie zdziwiona, co ja.
- Dostaliśmy rozkaz przydzielić wam sprzęt... - powiedział twardo Harry, wpatrując się w Ross spojrzeniem, które absolutnie nie współgrało z jego suchym tonem.
- Także, przydzielimy go wam. I tak, wiemy, że wyjeżdżacie, płakać nie będziemy, chociaż nie ukrywam, mało nas to cieszy. Ale wy potraficie uciec nawet śmierci, więc po prostu będziemy czekać, aż wrócicie... - powiedział Liam, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem.
Byłem tak zdziwiony, że ciężko wykrztusić mi było nawet jedno słowo.
- Ah, tak, Maxxie... - powiedział już nieco pogodniej Harry – mam dla ciebie coś specjalnego! Ross, pójdziesz z Liamem i wybierzesz sobie, co tam chcecie. I nie, RVF zostaje, nie ma dla niego miejsca! - dodał chłopak, doskonale znając zamiłowanie Rosie do tego pojazdu.
Mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, Rosie powlokła się za Liamem. Harry obrócił się na pięcie i pomaszerował pomiędzy rzędami lśniących ATOR-ów. Chcąc nie chcąc, poszedłem za nim. Nie ukrywałem nawet tego, że zżera mnie ciekawość.
- Harry, o co tu chodzi? Co ty masz mi pokazać? Mów, bo jak tu stoję, walnę cie w łeb!
- No już, czekaj... - chłopak zatrzymał się przed pancernymi drzwiami, dłubiąc w kieszeni kurtki. Wyszarpnął w końcu niewielki, metalowy przedmiot, który widziałem pierwszy raz na oczy i wetknął go w trójkątny otwór w samym środku drzwi. Coś zapiszczało i drzwi bardzo powoli zaczęły się otwierać. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że mają grubość co najmniej czterdziestu centymetrów.
- Gdzie ty mnie... - zapytałem, wchodząc za Harrym do pomieszczenia, ale nie dokończyłem. Bo za drzwiami, za którymi spodziewałem się wnętrza sejfu, rozpościerała się potężna, wypełniona białym blaskiem hala, po której krzątały się dziesiątki ludzi w białych fartuchach. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak wielki obiekt mieści się pod kilkoma poziomami naszych bunkrów, które też były ogromne. Jak to zbudowali, nie wiem do dziś.
„No nie, szpital? Chcą mnie tu przebadać?” - pomyślałem, ale wciąż na krok nie odstąpiłem Harrego.
- Tędy... - mruknął Harry i skręcił w prawo, w nieco ciasny korytarz. Otworzył jakieś drzwi i wpuścił mnie przodem.
Wszedłem do środka i nim moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, Harry włączył światło. Ściany pomieszczenia, od podłogi do sufitu, obwieszone były stojakami na broń. Wielu z karabinów, wiszących na ścianach, nie widziałem nigdy na oczy. Na samym środku stał długi na około półtora metra, stalowy kontener z zamkami magnetycznymi po obu stronach. Harry stanął przy jednym z nich.
- Włóż swój identyfikator – powiedział Harry.
Wydłubałem plastikową kartę z kieszeni i wetknąłem w szczelinę czytnika. Stojący na drugim końcu chłopak zrobił to samo. Coś cicho pstryknęło i górna ścianka kontenera uniosła się na hydraulicznych teleskopach. Powoli podnosiła się do góry...
- Witaj w najbardziej strzeżonym sektorze badawczym w całym Zjednoczonym Królestwie. A to... To prezent od armii dla ciebie. Boudika CR-21. Jeden, jedyny egzemplarz, który wyprodukowaliśmy.
Zatkało mnie. Chciwym wzrokiem wpatrywałem się w to, co wysunęło się z kontenera. Uwielbiałem Odarię. Ale Boudika... Była jeszcze wspanialsza. Poczynając od pięknie wyprofilowanej kolby z jasnego, prawie białego drewna, przez łoże o kolorze tytanu, potężny magazynek na naboje kalibru, którego nie potrafiłem sprecyzować, na ogromnej lufie kończąc. Broń była olbrzymia. Zamontowany na niej celownik był chyba jakimś cudem techniki.
Spojrzałem na Harrego. Skinął głową, uśmiechając się lekko.
Wyciągnąłem ręce i chwyciłem karabin. Z dość dużą siłą szarpnąłem w górę i wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Spodziewałem się wagi godnej IATR (Individual Anti Tank Rifle), największych z możliwych karabinów przeciwpancernych. Boudika ważyła mniej, niż moja ukochana Odaria. Mimo ogromnych rozmiarów, jej waga porównywalna była do standardowych karabinów szturmowych.
- Robi wrażenie, co? - zapytał Harry, uśmiechając się jeszcze szerzej na widok mojej zaskoczonej miny.
- Co... Co to jest? - zapytałem, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu.
- Krótko mówiąc, zabójca. Nie ma nic, co mogłoby się z nią równać. Kaliber sześćdziesiąt milimetrów, amunicja wodorowa. Celownik termowizyjny, optyczny z dwudziestokrotnym powiększeniem, laserowy i hydronowy.
- Hydronowy?! - zapytałem, z szeroko otwartymi oczyma wbitymi w niesamowite urządzenie.
- Tak, potrafi podświetlić cele posiadające w sobie wodę. Bardzo przydatny w warunkach miejskich, w dżungli raczej bym go nie używał, chyba, że chcesz oszaleć.
- Tak, faktycznie... - mruknąłem, bardziej do siebie, niż do niego.
- Ponadto, Boudika jest odporna na wysokie i skrajnie niskie temperatury, pokryta farbą stealth, a w tytanowe bebechy wpletli jej jakieś polimery, co sprawia, że ciężko ją wykryć nawet najsilniejszym wykrywaczem metalu. Krótko mówiąc – jeśli nie rzucisz nią Szkopom w twarz, nie znajdą jej, chociażby mieli się zesrać.
- To... To jest niemożliwe! - wykrztusiłem, odkładając karabin na kontener. Poczułem się tak, jakbym trzymał w ręku młotek samego Boga.
- A jednak. Chcesz ją przestrzelać?
- Tutaj?!
- Tak, zaraz obok mamy strzelnicę.
- Ale jak to...? Przecież to karabin snajperski! Jak to przestrzelać pod ziemią?
- Nie doceniasz swoich chlebodawców, Max... - mruknął tajemniczo Harry i przeszedł szybkim krokiem do drzwi na drugim końcu pomieszczenia.
- No idziesz? - zapytał, kiedy wciąż stałem jak wryty przy Boudice.
Ruszyłem się z miejsca, łapiąc karabin.
Kiedy przeszedłem przez drzwi, po raz kolejny stanąłem oniemiały. Ten budynek wciąż mnie zaskakiwał. Bo za leżącym na ziemi, grubym kocem, rozciągał się koszmarnie długi, wąski korytarz. Nie wiem, jak długi, bo jego koniec niknął w mroku.
- Tu testujemy wszystkie karabiny dalekiego zasięgu. Ten korytarz ma około kilometra długości, czyli mniej więcej tyle, ile potrzeba, by sprawdzić, czy nadajesz się do strzelania. Na końcu jest cel wielkości połowy ludzkiej pięści. Jeśli trafisz w niego tym cudem, trafisz zawsze i wszędzie. Oczywiście, nie strzelisz teraz z amunicji, która jest dedykowana do tej broni. Dostaniesz zwykłą. Chociaż, do Boudiki nawet zwykła amunicja nie jest całkiem zwykła.
- Jak to? - zapytałem, kiedy Harry położył mi na dłoni trzy ogromne pociski. Kaliber sześćdziesiąt... Chryste, jakie to wielkie!
- Sam zobaczysz. Gotów?
- Jasne!
Ułożyłem się na grubym, ciemnym kocu i oparłem Boudikę na dwójnogu, przymocowanym przy końcu łoża. Oparłem policzek na kolbie i poczułem jakąś więź z martwym przedmiotem. Natychmiast wiedziałem, że jeśli mam iść na wojnę, to tylko z nią. Bijące od lakierowanego drewna ciepło uspokoiło mnie totalnie. Wziąłem kilka spokojnych, głębokich wdechów i uspokoiłem bicie serca. Spojrzałem przez celownik, przekręcając pokrętła o kilka klików w lewo. Widać było, że nikt z niej jeszcze nie strzelał, bo obraz w wizjerze był zupełnie nie ostry. Ustawiłem wszystko po swojemu. W wizjerze ukazał się cel, który wbrew słowom Harrego, był chyba jeszcze mniejszy, niż ludzka pięść. Umieściłem krzyż celownika dokładnie pośrodku. Delikatnie wypuszczając powietrze, pociągnąłem za spust. Cel zniknął w chmurze pyłu.
Spodziewałem się ogłuszającego huku wystrzału. Jednak szybko uświadomiłem sobie, że tak gruba lufa nie może być zwykłą lufą. Zza pleców dobiegł mnie głos Harrego.
- Karbonowy tłumik wbudowany w lufę. Sprawdzona słyszalność wystrzału to siedemdziesiąt dwa metry. Gdzie przy pięćdziesięciu brzmi tak, jakby ktoś kichnął.
- Niesamowite... Ale mówiłeś, że ta zwykła amunicja nie jest zwykła?
- Spójrz na cel, pył chyba już opadł.
Spojrzałem znów przez celownik i wyrwało mi się ciche stęknięcie. Koniec tunelu cały poorany był bruzdami o głębokości co najmniej pięciu centymetrów. Wzmacniany stalą beton wyglądał jak durszlak.
Mimo woli odsunąłem broń od twarzy i podniosłem się powoli.
- Co to jest za diabelstwo!?
- Naszego projektu pociski odłamkowe. Pierwszy człon naboju tylko penetruje cel. Druga część eksploduje i rozrzuca dookoła pod ogromnym ciśnieniem niewielkie, metalowe stożki. Nawet, jeśli jakimś cudem chybisz, cel nie będzie miał zbyt wielkich szans na przeżycie. To właśnie jest Boudika. Gdybyśmy mieli jeszcze trochę czasu, pewnie czytałaby ci w myślach...